31.07.2016

Zielone jabłuszko, które było papierówką

Długość trasy: 54 kilometry.

Jabłka rosną na drzewach i w pewnym momencie postanawiają spaść. I my dzisiaj jedziemy w sprawie upadłych jabłek.

Znajome przeżywają klęskę urodzaju - mają działkę, a na niej bogato owocujące jabłonki. Nie są w stanie zebrać wszystkich owoców. Jedziemy pomóc w zbiorach, w zamian za możliwość pobrania jabłuszek i zrobienia sobie z nich dżemu, kompotu, musu, a może też calvadosu.

Przekraczamy Wisłę Mostem Śląsko-Dąbrowskim i kierujemy się w stronę Woli. Działka jest w Bożej Woli, więc kierunek zachodni jest uzasadniony. To wyzwanie pojechać przez Wolę inaczej niż ostatnio, więc skręcamy w JPII i niezalegalizowaną drogą dla rowerów jedziemy do Prostej, czyli jedynej w Warszawie kompletnej rowerowej trasy wschód-zachód. Potem Kasprzaka wpadamy w Wolską i na chwilę zatrzymujemy się przy pomniku Polegli Niepokonani. Chwila zatrzymania, wszak jesteśmy tu w przeddzień rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego.

Między Cmentarzami Wolskim i Mariawickim, obok pętli tramwajowej, jest wjazd do dawnych zakładów PZL Wola, dawniej imienia Marcelego Nowotki. Rodzice Marcina pracowali tam wiele lat temu. Dzisiaj zakłady są u schyłku swego żywota i pewnie za chwilę przejmie je jakiś developer – to dla dawnych wolskich zakładów w zasadzie jedyny scenariusz. W byłym biurowcu obok działał kiedyś sławny Klub Planeta, ale i on dawno zniknął. Teraz w wejściu widać szyld sklepu z winylami, ale nie wiemy czy to też nie jest pieśń przeszłości.

Połczyńską docieramy do węzła Lazurowa. Niepodziewanie pojawia się rowerowa infrastruktura i równie gwałtownie znika. Droga dla rowerów zrobiona jest tylko po to, by objechać skrzyżowanie.

Skręcamy w Sochaczewską; nazwa ulicy precyzyjnie opisuje kierunek jazdy. I przez Macierzysz i Kaputy (kolejne intrygujące mazowieckie nazwy) jedziemy w stronę Pilaszkowa. Ktoś nas ciągle mija. A to kolarze wyścigowcy, a to półprofesjonaliści. Także tacy turystyczni jak my, machają nam po drodze.

W Pilaszkowie skręcamy w stronę Łaźniewa. Czym byłaby nieoczywista wycieczka bez drobnej sekwencji off-road’owej? Jedziemy wśród kukurydzy, która wyrasta nam ponad głowy.

Nagle słyszymy melodyjki wydzwaniane przez jakiś mechanizm. Marcinowi to pobrzmiewa jakoś harcersko, Piotrkowi kościelnie. I zaiste jesteśmy już w Łaźniewie, obok Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego i parafii Ojców Orionistów. Na terenie przykościelnym spotykamy ciekawe przedstawienia Jezusa, Maryi i św. Józefa. Sposób wykonania mozaik kojarzy się nam z latami sześćdziesiątymi poprzedniego wieku i domami - klockami ozdabianymi w podobny sposób.

Z Łaźniewa jedziemy do Radzikowa – Instytutu Hodowli Roślin. To na wpół otwarta enklawa, nawet posiadająca komunikacją autobusową z Warszawy.

Dzięki zamknięciu dla samochodów przejazdu do drogi 579 na Błonie, jest tu sielsko i spokojnie.

My nic sobie nie robimy z blokady drogi i spokojnie ruszamy w stronę Błonia. Przejeżdżamy Utratę i już jesteśmy na granicy miasta.

W Błoniu, niedaleko Centrum Kultury (z kawiarnią i kinem), jest Park „Bajka”. Powstał jako ogólnodostępne miejsce dla mieszkańców. To otwarta przestrzeń dla osób w różnym wieku. Jest strefa z wydzieloną polaną, zespół boisk do gry w bule, duże szachy ogrodowe, wyplatane z wikliny różne formy przestrzenne. Dzieciaki chętnie pobawią się w strefie z interaktywną fontanną, stołami do gry w tenisa stołowego czy placem zabaw z linowymi pająkami do wspinania. Znaleźć tu też można plażę, pagórki, kule do wspinania i skakania. Jest też miejsce do piknikowania. Nic tylko wpadać.

A Błonie jako miasto nie jest całe takie kolorowe i radosne.

Ulicą Bieniewicką kierujemy się w stronę Bieniewic i działki, celu podróży. Za chwilę jesteśmy na działce w Dębówce.

Na działce jest uroczo. Jabłonki uginają się od owoców. Maliny powoli dojrzewają, słoneczko łaskocze w noski. Trawka bujna, foteliki mięciutkie, lemoniada chłodna.

Niestety nie tylko dla kontemplacji urody życia przyjechaliśmy tutaj. Jest nas zresztą całkiem sporo. Nie tylko zbieramy jabłka z drzew, ale też spod drzew. Te zgniłe trzeba zakopać, te dobre załadować do wykorzystania. A potem dopiero można pobiesiadować.

Szukaliśmy też gruszek na wierzbie, ale nie znaleźliśmy.

Robi się późno, pora wracać do Warszawy. Wsiadamy w pociąg na stacji Boża Wola. A w pociągu tłum rowerkowców. Jak to jest możliwe, że koleje nie są w stanie przewidzieć, że ludzie z rowerami jeżdżą pociągami?

Mijamy Wisłę, Stadion Narodowy i po chwili jesteśmy na Wschodniej, kilka minut jazdy od domu.